01.01.2011
WOLNOŚĆ SŁOWA I SUMIENIA
Medialne dyskusje śledzę z tego samego powodu pewnie, z którego ogląda się wszelkie inne paskudztwa i okropności.
Zdrowiej byłoby nie.
Ale to wciąga. Wciąga i hipnotyzuje.
Patrzę na to z poczuciem, że przestało chodzić o jakikolwiek sens – a ważne jest tylko, żeby się jakoś skompromitować. Albo uporem, albo głupotą.
Co jakiś czas odbywa się medialny spektakl w sprawie wolności słowa i sumienia.
Spektakle są pełne emocji graniczącej nawet z histerią.
A co bywa powodem do emocjonalnych uniesień w ramach obrony wolności?
Sprawy, które dla wolności nie mają większego znaczenia!!!
Za to mają znaczenie dla propagandy.
Więc to są awantury w sprawie swobody propagandy. Z obu stron sporu święte oburzenie, godne lepszej sprawy.
Rozumiem jeszcze ludzi mocno konserwatywnych ze sztywnymi poglądami i małym zasobem intelektu. Oni tak muszą. Bo tak są przyzwyczajeni i nie wyobrażają sobie innego świata!
Ale ludzie pretendujący do inteligentnych, otwartych i liberalnych wykazują się równym, a czasem większym ogłupieniem w propagowaniu własnej bezmyślności i arogancji.
Ludzie pretendujący do otwartych i myślących – mają problemy w zrozumieniu najprostszych racji konserwatystów. Nie muszą się zgadzać, ale rozumieć by wypadało!!! Kurde!
Ale nieee.
Wolność (w uproszczeniu) to brak przymusu – a nie swoboda szerzenia własnej propagandy.
Dopóki mi nikt nie każe mówić „szanuję kościół”, „szanuję gejów” – to nie mam powodu czuć się zniewolony.
Zniewolony dopiero mogę się czuć, kiedy obca mi propaganda zaczyna mnie osaczać.
Więc to raczej z tą wolnością do propagandy należy uważać.
Niektóre środowiska uparły się, żeby mieć wolność do propagandy antyreligijnej. Sam jestem antyklerykałem – ale moją wolność upatruję w tym, żeby mi kościół nie wchodził do domu i do życia. I na tym chcę się skupiać.
A nie na tym, żebym mógł uprawiać swobodną propagandę antyreligijną.
Nie potrzeba mi prawa do publicznego darcia Biblii i profanowania jakiś symboli religii. Za to chciałbym mieć prawo do krytykowania kościoła, tam gdzie on się pojawia w moim życiu. Mam wtedy prawo powiedzieć: nie chcę tej religii, nie lubię, nie szanuję.
A i każdy inny powinien mieć prawo powiedzieć: nie chcę tego gender, nie chcę tych gejów, nie chcę tej tęczy.
Tam gdzie jest tylko propaganda – nie ma czego bronić! Nie ma mowy o łamaniu wolności słowa czy sumienia.
Obie strony walczą dzielnie o prawo do własnej propagandy. W tym wręcz do propagandy osaczającej. A im bardziej osaczająca propaganda, tym bardziej zawęża zakres wolności. Wolność słowa i sumienia to prędzej prawo do obrony przed nachalną propagandą.
To musi mieć dwa końce!
Jeśli wolność ma oznaczać prawo do propagandy (najogólniej) antykonserwatywnej, to musi też oznaczać prawo do propagandy antyliberalnej!
Nie ma zmiłuj!
Albo przestajemy uznawać prawo do propagandy za sprawę wolności, albo uznajemy to prawo dla obu stron!
Kto się oburza na krzyż w Sejmie, niech walczy także o wyprowadzenie tęczy z placu Zbawiciela!
Kto chce prawa do bulwersujących spektakli antykonserwatywnych, niech się również godzi na bulwersującą propagandę antyliberalną!
Ja rozumiem obrazę uczuć!
Ja na przykład odczuwam osobiście obrazę moich uczuć estetycznych. Istnieją dla mnie obrazy, filmy, wypowiedzi, które są po prostu obrzydliwe.
Na przykład taka Pawłowicz jest obrzydliwa w wypowiedziach. Mnie to bulwersuje – więc rozumiem tych, którzy nie godzą się na obrzydliwe (obrzydliwe, a nie krytyczne) wypowiedzi lub widowiska w sprawach np. religii.
A obrzydliwości wydaje się być coraz więcej.
Polaryzacja na froncie walk światopoglądowych doprowadza do tego, że wspiera się własne obozy, niezależnie od bzdur i chamstwa, jakie z niego płyną. Bo to już jest wojna.
A na wojnie swojego, choćby nawet zwyrodnialec, wspierać trzeba.
Takie są zasady wojny.
Kto ją wygra?
Dla konserwatystów ta wojna to sprawa ich życia, ich tożsamości i wszystkiego co znali do tej pory.
Dla postępowców to sprawa poczucia wyższości nad zacofaniem i często wymyślone, niesprawdzone idee.
Wolę nie myśleć, jak to się może skończyć…
Niestety, bez poszanowania wartości konserwatywnych – konfrontacja i przegrana jest bardzo prawdopodobna. Wyśmiewanie i wyzwiska nikogo jeszcze nie przekonały! A rozwścieczyć i owszem mogą.
Można (wg mnie – nawet trzeba) się nie zgadzać z wieloma wartościami konserwatywnymi – ale szanować trzeba.
Tak piszę ja, antykonserwatysta.
Bądź pierwszy, gdy otworzymy