11.03.2012
WYOLBRZYMIANIE NIEZROZUMIAŁEGO
Dziwnie ludzki umysł traktuje rzeczy niezrozumiałe.
Niemal wszyscy ludzie wobec niezrozumiałego przyjmują bardzo (a powtórzę) bardzo (i jeszcze) bardzo konkretne stanowisko.
Jest to irracjonalne w pełni – bo wobec niezrozumiałego raczej należałoby być bardziej ostrożnym w sądach. A człowiek ma jakąś nieodpartą potrzebę zajęcia stanowiska.
Nadziwić się nie mogę. Tym bardziej, że rozpiętość zajmowanych stanowisk jest ekstremalna. Nie ma opinii letnich. Im bardziej niezrozumiałe to coś – tym bardziej albo boskie, albo szatańskie, albo głupie, albo genialne.
Domyślam się, że niezrozumiałe wzbudza niepokój, którego umysł nie jest w stanie zaaprobować. Więc przez nazwanie, nadanie jakiegoś znaczenia próbuje uporządkować nieznane i umieścić w znanej sobie rzeczywistości.
Niech tam sobie nadaje znaczenie. Ale dlaczego od razu ekstremalne?
Domyślam się, że z obawy przed nieznanym. Jak coś jest ekstremalnie dobre to nie ma potrzeby się bać, a jak jest ekstremalnie złe to należy wszelkimi sposobami unikać. Każda ocena pomiędzy ekstremami powoduje ciągły niepokój i czujność wobec niezrozumiałego.
Z tym, że ta skrajna ocena nie jest podparta żadnym konkretem i jest w pełni przypadkowa. Równie dobrze, to co uznane za złe, może być dobre i odwrotnie.
Ten schemat dotyczy spraw ludzkich – jak poglądy, zachowania, relacje, a równie też spraw filozoficznych i ogólno-przyrodniczo-fizycznych. Gdzie niezrozumienie tam skrajna opinia.
Rozumiem, że prości ludzie dla spokoju umysłu przyjmują takie skrajne stanowiska.
Ale co ciekawe – w ten sam sposób postępują ludzie, którzy uważają się za myślących. Ba! Za potrafiących myśleć logicznie i filozoficznie.
Wystarczy, że taki myśliciel czegoś nie rozumie – a najczęściej nie chce zaakceptować swojego niezrozumienia – i natychmiast tworzy etykietkę.
No do diabła. Przecież mają prawo istnieć rzeczy niezrozumiałe – tym bardziej, że tak naprawdę bywamy często leniwi lub kulturowo ograniczeni w próbach zrozumienia rzeczy.
I one nie są szatańsko złe lub dla odmiany zesłane przez boga – tylko są normalnie obok znanych nam rzeczy czymś niewytłumaczalnym (na razie). Ani specjalnie złym ani dobrym.
To prawdziwa rzadkość usłyszeć od kogoś: nie rozumiem więc nie oceniam, nie nazywam.
Raczej: nie rozumiem ale opinię mam!
I tak niezrozumiałe jest albo tępione albo adorowane. Dotyczy to też wszelkich nowości – które, zanim zostaną zrozumiane i na spokojnie ocenione, są obiektem agresji lub adoracji.
Podejrzewam, że wielu czytających to, stwierdzi: inni może tak, ale ja nie.
No i już się nie zgodzę. To etykietowanie niezrozumiałego jest tak odruchowe, że po pierwszych bezskutecznych wysiłkach zrozumienia (lub wcale bez żadnego wysiłku) umysł natychmiast wytwarza etykietę – oczywiście bezpodstawnie skrajną.
No kto wyraża się: „zupełnie nie rozumiem takiego zachowania – więc nie oceniam.”?
Raczej każdy powie: „zupełnie nie rozumiem takiego zachowania – to jest chore”.
A co tu panie lekarzu jest chore, skoro tego nie rozumiesz? Wystarczy, że to będzie inny punkt widzenia, inne uwarunkowania kulturowe lub psychiczne – i już musi być chore?
To etykietowanie zwalnia od dalszego zastanawiania się i pozwala pogrążyć się w sprawach zrozumiałych i banalnych (lub niepraktycznie abstrakcyjnych – to do filozofów) . I dopóki ktoś lub coś nie oświeci, ta etykieta wciąż obowiązuje.
To całe etykietowanie niezrozumiałego to kompromitacja dla umysłu, który ma ambicję być logicznym i racjonalnym. To trzeba umieć powiedzieć prawie jak Sokrates: wiem, że tego czegoś nie wiem.
W pierwszym odruchu jest strach przed nieznanym. I podświadomość oswaja nieznane przypisaniem boskości albo odrzuca oceniając jako nikczemne czy nieinteresujące. A jak rozum doczeka się swojej kolejki, to mówi na przykład: …”O kurcze, ale nieznane !”… No chyba, że się nie doczeka…
Niechby i uwarunkowanie z przeszłości.
Jednak zaskakuje u osób pretendujących do myślenia na poziomie logiki czy filozofii.
Co do debat – mniej mnie dziwi, bo tu występuje gorączka dyskusji – kiedy zamiast zastanowienia nad argumentem jest gorączkowe poszukiwanie kontrargumentu.
A mi się wydaje, że ludzie mówią to co mówią, a nie mówią to co myślą (nie żeby ze złej woli – po prostu dużo rzeczy robimy i mówimy bezrefleksyjnie), i to że mówią „zupełnie nie rozumiem takiego zachowania” to nie znaczy literalnie „nie rozumiem” tylko „nie mieści się to w ramach mojego świata / moich poglądów / mojego wzorca normalności” = „to jest nienormalne” (w mniej lub bardziej świadomym domyśle: „nienormalne dla mnie”).
Rozumieją „coś” (no bo na poziomie widzenia, słyszenia i gadania w jednym języku raczej wszyscy jesteśmy w stanie literalnie odczytać komunikat), nie rozumieją natomiast „dlaczego coś” – a to już poziom wyżej (przyczynowość) i tu już „czytamy” wszystko wokół nas przez pryzmat własnych poglądów, doświadczeń, wszystkiego własnego. Zawsze i wszędzie (i tego się nie da obejść, nie jesteśmy w stanie wyjść poza siebie). To czy aspirujesz do logiczności i obiektywności czy nie, nie ma na to jakiegoś większego wpływu. Jak z grawitacją: to, że o niej wszystko wiesz nie sprawia, że przestaje na ciebie oddziaływać.
Też się właśnie złapałeś w tę pułapkę (patrz: ostatni akapit artykułu :)).
Oczywiście, że w codziennym postępowaniu to jest wręcz odruch – bo trzeba szybko zakwalifikować zdarzenie lub zjawisko. Więc się ocenia przez pryzmat zastanych wartości – i to co odbiega poddane zostaje szybkiej, zazwyczaj negatywnej ocenie.
Chociaż jeśli trochę się zastanowić to przestaje być tak oczywiste.
Też podlegam temu odruchowi – nie wyprę się.
Ale i tak będę starał się propagować (dla siebie również) więcej umiaru w ocenie niezrozumiałego – lub też zwyczajnie wykraczającego poza przyjęte normy.
Bo czasem ze zrozumieniem (no nie zawsze) przychodzi zaskoczenie.
Wszystko co na tym świecie głupie – to nie z niskiego poziomu umysłowego, tylko z przesadnego zaufania do swojej racji lub wiedzy. (bezmyślność też jest zaufaniem do siebie i okoliczności)🙂 To prawda, że w ostatnim akapicie wyrażam zdecydowane stanowisko – no ale po wysiłku zrozumienia. Więc jeśli wiem co oceniam to już chyba mogę…?
Jasne, z tym umiarem jak najbardziej jestem za 🙂
Tylko gdzie w takim razie ta granica za którą mogę już oceniać? Tzn. chodzi mi o to, że ten wysiłek włożony w próby zrozumienia jest subiektywny – nigdy nie będziesz w stanie określić czy ci ludzie, o których myślisz, że tak bez namysłu oceniają i etykietują, faktycznie robią to bez namysłu. Część (możliwe, że nawet duża część) z nich pewnie tak, ale pewnie są i tacy, którzy naprawdę bardzo racjonalnie i rzeczowo podchodzą do sprawy i starają się zrozumieć, tylko nie zawsze potrafią przeskoczyć to co sami mają w głowach. No to skoro uważają, że wiedzą, to mogą oceniać czy nie mogą? No i kto ma kompetencję o tym rozstrzygać?
Racja, że problem w przesadnym zaufaniu do samego siebie. Tylko tak praktycznie: jak znaleźć ten moment, w którym to zaufanie zaczyna się robić przesadne? Nie można przecież stale wątpić we własne racje, bo to zahacza już o schizofrenię.Wydaje mi się, że dopóki siedzimy we własnych głowach i nie mamy wglądu w cudze, to to nie idzie. Nie da się. Przy czym to też jest wniosek, który wychodzi z mojej głowy, więc cholera wie, czy nie błądzę 😉
Wyznaczanie tych złotych środków czy granic – to zawsze jakiś dylemat.
Ale na pewno ocenianie niezrozumiałego jest przesadą – owszem, można się pokusić o ocenę „roboczą” na potrzeby bieżące – z całą świadomością jak bardzo może być błędna.
A w sprawach ocen spraw jakoś przemyślanych – wyznacznikiem mogłoby być zrozumienie na tyle pełne, że w pełni akceptowalne przy przyjęciu określonych założeń – niekoniecznie zgodnych z systemem wartości czy posiadaną wiedzą – wtedy przynajmniej wiadomo jakie normy czy wartości narusza.
Nic nie jest nienormalne. Nienormalne ewentualnie mogą być dla nas tylko przyczyny które prowadzą do tej „nienormalności”.
Co bardziej uparci mogą jeszcze szukać praprzyczyn dla tych przyczyn – i tak dalej – aż wszystko stanie się normalne.
A.
Nie chodzi o to, żeby wątpić we własne racje – ale o to, żeby nie czynić z nich absolutu.
Inaczej – wszelkie racje są pożytecznym uproszczeniem (w różnej skali) pozwalającym funkcjonować bez ciągłych rozterek.
Nawet durne racje nie świadczą o głupocie – o głupocie świadczy nieświadomość ich uproszczenia.
Ładnie powiedziane. Idę na to. Danke 🙂
„To etykietowanie niezrozumiałego jest tak odruchowe, że po pierwszych bezskutecznych wysiłkach zrozumienia (lub wcale bez żadnego wysiłku) umysł natychmiast wytwarza etykietę – oczywiście bezpodstawnie skrajną.
No kto wyraża się: „zupełnie nie rozumiem takiego zachowania – więc nie oceniam.”?
Raczej każdy powie: „zupełnie nie rozumiem takiego zachowania – to jest chore”.”
Podoba mi się jak to ująłeś większość ludzi jak czegoś nie rozumie mówi ze jest to głupie lub chore.
Ja od jakiegoś czasu staram się nie oceniać w ten sposób ale niektóre rzeczy naprawdę trudno jest zrozumieć.
Zgodzę się na pragnienie zrozumiałego. Etykieta daje walor praktyczny – ułożenia pośród znanego.
Ale ta skłonność do skrajności w etykietowaniu faktycznie czyni je około głupim. O ile rozgrzeszam proste umysły – nieskore do głębszych interpretacji – to umysły o większych ambicjach raczej powinny zachować ostrożność.
Wcale nie propaguję głoszenia nonsensu – tylko wstrzemięźliwość w skrajnych etykietowaniach i gotowość do korekty oceny.
RACJONALIZM. Wypada rozróżnić co najmniej dwa znaczenia nazwy racjonalizm, szerokie i węższe, oświeceniowe. Racjonalizm w szerokim słowa znaczeniu nie jest zabobonem; jest nim nawet jego przeciwieństwo, irracjonalizm. Tak rozumiany racjonalizm to po prostu postulat, żądanie, aby człowiek postępował zawsze rozsądnie, zarówno w wyborze zdań, które uznaje za prawdziwe, jak i w decyzjach dotyczących jego działalności. A “rozsądnie” znaczy tu tyle co “spójnie”, “w sposób niesprzeczny” i zarazem w “sposób zgodny z przyjętymi w danej dziedzinie dyrektywami”. Mówimy więc, że człowiek, który chce się udać z Krakowa do Zurychu, postąpi racjonalnie, jeśli wybierze drogę na Wiedeń, a postąpiłby nieracjonalnie, nierozsądnie, gdyby jechał do Gdańska, bo ten ostatni wybór stoi w sprzeczności z jego celem.
Natomiast w węższym, oświeceniowym słowa znaczeniu, racjonalizm jest zabobonem. Polega bowiem na twierdzeniu, że rozum, tj. doświadczenie i wnioskowanie wystarczają, aby znaleźć odpowiedź na wszystkie pytania, jakie człowiek może sobie postawić. W tym znaczeniu racjonalizm odrzuca zarówno autorytet, jak i wiarę. Że taki racjonalizm jest zabobonem, wynika z faktu, że tzw. rozum nie może sam dać odpowiedzi na pytania dotyczące moralności, na zagadnienia egzystencjalne, i że światopogląd racjonalny w tym znaczeniu słowa nie jest możliwy.
Racjonalizm w tym węższym znaczeniu jest składnikiem trzech innych zabobonów. Połączony z wiarą w postęp, stanowi treść filozofii oświecenia, gdy zacieśnia znaczenie nazwy “rozum” do metody nauk przyrodniczych, stanowi pozytywizm, a ten połączony z wiarą w pewność wyników naukowych, staje się scjentyzmem.
Racjonalizm stracił obecnie wiele na znaczeniu, do tego stopnia, że przeciwny mu zabobon irracjonalizmu jest, zdaje się, znacznie bardziej wpływowy.
IRRACJONALIZM. Zabobon polegający na wierzeniu, że człowiek może lepiej poznać świat za pomocą uczuć, intuicji itp., niż za pomocą rozumu. Zabobonność tego poglądu jest oczywista, jako że wszystko, co wiemy o świecie, zostało poznane za pomocą doświadczenia i wnioskowania, tj. za pomocą rozumu. Przeczenie temu jest czymś tak dziwacznym, że pytanie, dlaczego tylu ludzi ulega irracjonalistycznemu zabobonowi nasuwa się z wielką siłą. Odpowiedź polega bodaj na zwróceniu uwagi, że owe intuicje itp. odgrywają znaczną rolę w stosunkach międzyludzkich, gdzie obdarzona intuicją kobieta wie często znacznie więcej o innym człowieku, niż najbardziej uczony psycholog. Irracjonalizm jest przeniesieniem tej prawdy na płaszczyzną poznania świata, przedmiotów fizycznych, gdzie staje się oczywistym fałszem. Kto w to wątpi, niech spróbuje poznać w drodze intuicji np. dane zebrane przez astronomów o mgławicach, albo zbudować teorię Einsteina itp. Innym powodem popularności irracjonalizmu jest zapewne okoliczność, że zwalnia swoich wyznawców od ciężkiej drobiazgowej pracy, wymaganej przez metodę racjonalną. Wreszcie odegrała swoją rolę demagogia dziennikarzy i literatów.
Zagadnienie racjonalizmu ciekawe.
Sam uznaję racjonalizm za podstawę ale nie za dogmat w poznaniu. (ja racjonalizmem nazywam pozbawione emocji wnioskowanie na bazie dostępnych danych). Spotkałem wiele zagadnień w których racjonalizm kłóci mi się z intuicją i odwrotnie.
Zazwyczaj intuicja musi ustąpić – jeśli wynik wnioskowania jest w zgodzie z porządkiem świata. Jednak jako przyzwoity agnostyk zostawiam intuicji margines możliwie największy, który nie stoi w sprzeczności z wnioskowaniem.
Jeśli wnioskowanie jest ułomne (bez pełnych danych) lub nie zgadza się z porządkiem świata – to głos intuicji ma równe prawa z rozumem. Równe to nie znaczy większe.
Intuicja jako uzupełnienie rozumowego poznania jest wg mnie pożyteczna – chociaż potrafi być również bardzo ograniczająca myślenie (bo to intuicja pierwsza protestuje przeciw zbyt odważnym hipotezom).I to właśnie intuicja odpowiada za to skrajne etykietowanie niezrozumiałego. Kiedy rozum nie ogarnia – intuicja zabiera całe pole oceny. A intuicja zna tylko stany skrajne: dobrze, źle.
Rozum się całkiem wycofuje – a powinien zadbać, żeby nie gnać za intuicją w jakąś bzdurę. Intuicja to poczciwe ale głupawe stworzenie.
Hm, i to co napisałem przed chwilą lepiej tłumaczy powody skrajnego etykietowania – zmodyfikuję artykuł w wolnej chwili.
„Intuicja to poczciwe ale głupawe stworzenie” – całkowicie się zgadzam. Dlatego zacytowałem Bocheńskiego, świeć Panie nad jego duszą.. 🙂
Bądź pierwszy, gdy otworzymy