22.05.2009
ASPEKTY DEFINICJI MIŁOŚCI
Przypominam definicję:
Miłość to nieracjonalne uczucie bliskości – wywołane wtórnym przeżywaniem własnych emocji – odczuwanych jako niepowtarzalne, unikatowe.
Jak zmienia się to z czasem kiedy miłość staje się dojrzała?
Już zaczyna być problem z odróżnieniem nieracjonalnej bliskości od racjonalnej. Wspólna przeszłość, wspólny kredyt, wspólne dzieci – to całkiem racjonalny element rzeczywistości. I to pod definicję miłości już nie podchodzi. Gdzie jest racjonalność to jest już jakiś interes – a miłość jest nieracjonalna.
Więc wciąż aktualne jest pytanie: czy przywołanie własnych emocji wobec partnera powoduje pojawienie się drugiej fali emocji – czy już tylko obojętność i interes?
Po latach naturalne jest, że ekscytacja własnymi uczuciami bardzo się obniża – ale wciąż może występować – jeśli uczucia nadal wydają się unikatowe.
Znika ten element niepewności, rozterek, poszukiwania wszelkich oznak uczucia. Jednak w dobrze funkcjonującym związku – przeglądanie się sobie przez partnera, może powodować bardzo pozytywne emocje.
Odpowiedzialność, zaradność, wsparcie (cechy charakterystyczne dla przyjaźni) są pozytywne – ale nie są szczególne. I nie spowodują wtórnego przeżywania – trudno na dłuższą metę ekscytować się odpowiedzialnością partnera.
Miłość potrzebuje unikatowych uczuć. Wzajemna adoracja, wysyłanie sygnałów o zauważaniu, niewidocznych dla nikogo innego, zalet – wzbudza tą nieracjonalną bliskość i powoduje, że odczuwane emocje są inne od wszystkich i powodują drugą falę uczuć.
W przypadku zakochania wszystko mogło się wydarzyć w obrębie jednej osoby.
W przypadku miłości dojrzałej – to jest nakręcane przez oboje partnerów. Jeśli pozytywne emocje nagradzane są pozytywnym sygnałem od partnera – tworzy się pozytywne sprzężenie zwrotne. Oboje w związku chętnie podejmują się wszelkich wysiłków na rzecz swojej miłości.
Nie sposób, pisząc o miłości, pominąć miłość macierzyńską.
Czy spełnia wymogi stworzonej definicji?
Więź emocjonalna jest już jakby z klucza macierzyńskiego. Matka dla swojego dziecka jest kimś wyjątkowo bliskim bez żadnego innego racjonalnego powodu.
Więc dla rozszerzenia weźmy również rodzicielstwo z adopcji. Z obojętnym stanem początkowym.
Czy następuje tu wtórne przeżywanie własnych emocji? A szczególnie, kiedy opieka jest tak męcząca, że się pada na twarz.
Sam nie mam dzieci, więc tylko mogę się domyślać.
Przypuszczam, że nie ma świadomej ekscytacji – ależ to dziecko na mnie działa! W tym wypadku emocja płynie z podświadomości.
Jakaś bezbronna istota potrzebuje opieki. Więc chociażby z poczucia obowiązku tą opiekę należy zapewnić. Nawet mimo zmęczenia – z podświadomości płynie sygnał, że wydarzyło się coś dobrego i pojawia się pozytywna emocja. Emocja jest unikatowa – ściśle przypisana do obiektu. Chociaż nie powoduje tej ekscytacji „och, jak to na mnie działa” – jednak jej unikatowość jest tak jednoznaczna, że nie sposób być wobec niej obojętnym. A to już miłość.
I tak uważam, że każdy kto się podejmuje opieki nad bezbronną istotą (czy to dziecko, czy zwierzę) w końcu pokocha swojego podopiecznego. Im istota bardziej bezbronna, tym miłość większa – bo unikatowość bardziej jednoznaczna.
W drugą stronę – czyli miłość dziecka do rodziców…?
Tu unikatowość też jest jednoznaczna. Ktoś przez kilkanaście lat jest pierwszoplanowym autorytetem, opiekunem, nauczycielem, dostarczycielem czułości. To się będzie pozytywnie kojarzyło! I choć tak samo nie wywołuje ekscytacji – jednak trudno być obojętnym wobec tak unikatowych emocji.
Jeszcze na koniec miłość do zjawisk (nie istot żywych).
Jak to działa?
Myślę, że tak samo jak w przypadku zakochania. Czyli na zasadzie ekscytacji swoimi emocjami.
Jeśli ktoś zaczyna się ekscytować swoją fascynacją (czy to podróże, czy sztuka… – czym to jest dla mnie) to wchodzi w etap miłości – kiedy fascynacja przeradza się w trwałe uczucie. I nawet gdy fascynacja wygasa – to skupienie się nad każdą niewielką nawet emocją wywołaną przez obiekt adoracji cały czas podtrzymuje miłość.
Można by jeszcze próbować rozwijać temat w zakresie różnych rodzajów miłości. Ale na razie wystarczy… już mi się znudziło. Wszystko to samo.
Podoba mi się oddzielenie tematu zakochania od miłości dojrzałej 🙂
Z dziećmi jest większy kocioł i ciężko będzie cokolwiek wyjaśnić w kategoriach sprzężeń zwrotnych. Bo dziecko kocha nawet taką mamę, która go krzywdzi. Taką, która jest nadopiekuńcza, też. Mówię tu o maluchach, takich max kilkuletnich. Tylko cały czas się zastanawiam, czy w ich przypadku można już mówić o miłości, czy raczej o czymś w rodzaju przywiązania. Ale nie czuję się wystarczająco kompetentna, żeby rozwijać ten temat.
Bądź pierwszy, gdy otworzymy