11.03.2009
DEFINICJA MIŁOŚCI
Brak spójnej definicji miłości jest dowodem na nieudolność psychologów i filozofów. Skoro coś istnieje to musi istnieć również definicja – uniwersalna i spójna.
Wielbiciele miłości chcą, żeby pozostawała ona w oparach tajemnicy i świętości. Bo im bardziej tajemnicza tym bardziej święta. Fajniej się wzdycha i robi maślane oczy.
To po co definicja? Bo nie zawsze miłość to szczęście. Czasem to problemy. I wtedy lepiej wiedzieć co to za cholera.
Miłość to wkręt. Uczucie wkręcone samemu sobie!
Zwykle się wydaje, że ta miłość sama spadła jak jastrząb, chwyciła i trzyma! Magia!
No nie.
Każda miłość bierze się z przeżywania własnych wyobrażeń na temat drugiej osoby.
Miłość to nieracjonalne uczucie bliskości – zbudowane na wtórnym przeżywaniu swoich własnych emocji – odczuwanych jako wyjątkowe, unikatowe.
To uczucie bliskości – miłość – jest zbudowane na własnych wyobrażeniach, wspomnieniach, przeżywaniu. Tzw. prawda obiektywna nie ma znaczenia!
Ma tyle znaczenia ile zakochany jej widzi w owych wyobrażeniach i przeżywaniu. A miłość oślepia! Albo przynajmniej zaburza postrzeganie.
Miłość oczywiście od czegoś się zaczyna. Zanim miłość oślepi, coś tam można dostrzec. Że ktoś urodziwy, dobry, inteligentny, czuły. Że tak inaczej patrzy, tajemniczo mówi itp.
Ale to jeszcze nic.
Miłość zaczyna się w momencie, kiedy w swojej głowie zostanie przywołane jakieś wspomnienie (lub wyobrażenie) i wywoła przyjemne uczucie! Motylki! Do tego już nie jest wcale potrzebny obiekt miłości, tylko samo wspomnienie!
Tak zaczyna się wkręt!
To przyjemne uczucie na samą myśl powoduje chęć powtarzania tego częściej. Przyjemność za darmo! Zaczyna się szukać nowych bodźców – dopatrując się rzeczy, których czasem nawet nie ma. I wkręt rusza z większą siłą.
A wszystko dzieje się tylko w głowie zakochanego.
I nagle obiekt miłości staje się wyjątkowy, unikalny. Tylko ten jeden ktoś! Jest inny niż cała reszta świata!
Ponad 90 % ludzi jest obiektem jakiejś miłości. Czy oni wszyscy są wyjątkowi?! Oczywiście, że nie.
Ale dla zakochanego nie ma wątpliwości – to ktoś inny. I ja też jestem kimś wyjątkowym dla niego. Bo tylko ja go tak kocham.
Ba! Jeśli jakiś człowiek jest cudowny dla wszystkich dookoła – to o miłość do niego trudniej.
Fascynacje – i owszem – ale nie miłość.
Bo w miłości jest ważne, że odczuwa się swoje przeżycia jako jedyne takie. Tylko na mnie tak działa, tylko na mnie tak patrzy, tylko do mnie tak mówi.
Regułą jest to, że im bardziej uczucia odczuwamy jako szczególne (tylko swoje) – tym silniej je przeżywamy wtórnie. A im silniej je przeżywamy, tym bardziej odczuwamy je jako szczególne. Takie sprzężenie zwrotne.
Założyłbym się, że gdyby wmówić zakochanemu, że jeszcze 20 innych osób odczuwa dokładnie TO SAMO co on, do tej samej osoby – to jego miłość by mocno zbladła.
Bo nie miałby już powodu tak się ekscytować tym, co czuje.
Jak się przyjrzeć zakochanym – to oni się podniecają własnymi emocjami. Jak on/ona na mnie działa!… (a naprawdę: jak działają na mnie moje własne emocje i wyobrażenia)
To słynne ciepło koło serca, motyle w brzuchu, różne fantazje…
Gdyby nie myśleć już więcej o tym, to nic z miłości nie będzie. A im więcej emocjonowania się swoją emocją tym gwałtowniej przybiera uczucie.
Obiekt miłości jedynie może dawać powody, które pobudzają emocje – ale cały proces zakochania odbywa się w obrębie jednej osoby.
Dlatego miłość przechodzi różne etapy. Na początku ta fascynacja własnym przeżywaniem jest największa. W końcu jednak ile się można tak podniecać własnymi emocjami?… Szalone zakochanie zawsze mija.
Czasem zupełnie. I wtedy ten niezwykły ktoś staje się jedną z najmniej ciekawych osób. Rozczarowanie! Koniec z miłością!
A czasem ta bliskość wciąż istnieje – bo oboje potrafią dawać sobie powody, dla których myślenie o tej drugiej osobie wciąż jest przyjemne.
Dlatego na pytanie: czy wciąż kocham? – wystarczy sięgnąć do emocji jakie się odczuwa.
I…?
Jeśli emocje są nawet pozytywne, ale nie powodują już wtórnego przeżywania, tej przyjemności – to po miłości. Może zostać przyjaźń, przywiązanie, podziw – ale to nie to samo.
Jeśli emocje wciąż powodują wtórną przyjemność posiadania tych emocji – to miłość ma się dobrze.
To co piszę odziera miłość z czaru i magii. Bo zakochanie zamiast cudownego zauroczenia okazuje się egocentryczną egzaltacją lub jakimś rodzajem nerwicy.
Nic dziwnego, że takiej definicji zakochani nie będą chcieli.
Ale i tak jest prawdziwa – czy się podoba czy nie. (tak uważam)
(pominąłem w niej cały aspekt tzw. „chemii” która bywa często decydująca – ale działa też wg powyższych reguł)
Z rozwinięcia definicji wyszło mi jeszcze kilka zagadnień:
Miłość Dojrzała
Miłość Nieszczęśliwa
Jak rozkochiwać
P.S. Poczułem się sprowokowany komentarzami i włożyłem wysiłek w poszukiwanie jakichkolwiek prób zdefiniowania miłości – znalazłem tylko to.
http://www.bratnizew.pl/index/szczegoly/279/pokaz/fragment.html
http://www.tezeusz.pl/cms/tz/index.php?id=1875
http://www.ready.virtualis.pl/arch/14/online/dane/b03.htm
http://rozmowy.onet.pl/artykul.html?ITEM=1122603&OS=56179
http://kkonecki.fateback.com/publikacje/publikacja8.html
www.milosc.cad.pl/milos/milosc_k1.htm
Jeżeli miłość definiowana w/g Sternberga jest szczytowym osiągnięciem psychologii to bardzo dziękuję!
To jakby weterynarza spytać czym jest koń, a ten by odpowiedział, że składanką mięsa, kości i owłosienia.
Oczywiście zawsze jest druga definicja: koń jaki jest każdy widzi.
Mam prawo pisać o gaworzeniu!
Być może miłość kończy się tam gdzie zaczyna się jej definicja. Pytanie tylko komu wystarczy pytanie?
Człowiek to notoryczny twórca definicji, odpowiedź na poziomie definicji to kara z za ten rodzaj recydywy.
Święta racja. Albo miłość albo definicja!
Na szczęście nie cały czas się jest zakochanym i czasem można się zastanowić – co to kurna było!?
Tak na marginesie, z historii filozofii wiadomo że najwięcej stworzyli ci którzy unikali katedr akademickich, wiec bycie domorosłym filozofem to nie obelga:)
filozofujcie
Miłość to uczucie wkręcone sobie samemu.
Tak to czułam. Zakochałam się do bólu w swojej miłości. Fascynowałam się tym co mnie unosiło w chmurach. Nie chciałam być z tym mężczyzną ale stan emocjonalny był tak silny że oooo… Powiedziałam mu również że jeśli mnie zostawi będę szaleć z mojej rozpaczy ale nie zostawię rodziny. Tak się stało zostawił mnie. A ja wyłam z rozpaczy. Tak się zakochałam w mojej miłości że czy on był czy go nie było – miłość była. Bo chciałam żeby była. Po 2 miesięcznym cierpieniu stwierdziłam że czas się obudzić. Już mi wystarczy tej egzaltacji, trudno było mi myśleć, pracować i funkcjonować w rodzinie. Postanowiłam emocjonalnie wycofać się zająć się mężem i dziećmi. I rzeczywiście już nie chcę dostarczać sobie wrażeń i miłość mija muszę tylko skupić uczucia na czym innym niż na samej sobie dobrze tu napisano egocentryczną egzaltacją. Do tego wcale nie jest potrzebna wzajemność. Liczę sie ja i moja miłość. Zawsze mówiłam że lepiej kochać niż być kochaną bo jaki pożytek z czyjejś miłości. To jego uczucia – nie moje, to jego fascynacja – nie moja.
A facet w którym się zakochałam był niezwykły bo chciałam go takim widzieć. Ale jak go zobaczyłam w prawdzie to aż się przestraszyłam – totalna beznadzieja.
Teraz to tak widzę. Super spostrzeżenia. Mimo wszystko fajne emocje towarzyszą zakochaniu i warto mieć takie emocje.
Miłość to uczucie bliskości – wywołane wrażeniem bycia dla siebie wzajemnie kimś wyjątkowym – opartym na różnego rodzaju sprzężeniu emocjonalnym.
no cóż, zamiast na początku słowo miłość można wstawić słowo przyjaźń i raczej nikt by nie zaprzeczył
Ja zaprzeczę.
Przyjaźń nie wymaga tego emocjonalnego sprzężenia zwrotnego – które czyni bliskość nieracjonalną.
Przyjaźń tak naprawdę jest związkiem pragmatycznym, racjonalnym. To swego rodzaju sojusz – ja wspieram ciebie a ty mnie.
Gdyby miłość miała być racjonalna to już nie będzie to miłość.
Owszem, miłość jest oparta na emocjach a nie na umyśle – ale nie odbierałbym jej pewnej dozy racjonalności mimo wszystko. Bo miłość musi z czegoś wypływać, mieć jakieś podstawy na których została zbudowana, powiedzmy banalnie: piękne oczy. Albo to, że druga osoba ma to „coś”, czyli pasuje nam do gustów. Takie początkowe „zauroczenie” cechami charakteru, lub ciała, które przeradza się w głębsze uczucie można jednak jakoś w miarę logicznie wyjaśnić – tak uważam. Samą miłość nie – ale jej fundamenty jednak trochę logiki posiadają.
Ależ racjonalna podstawa – piękne oczy!
Chyba, że jeszcze racjonalnym nazwiemy patrzenie na pośladki, biodra, proporcje, dochody, wpływy – czyli atawistyczne poszukiwanie najlepszego lokalu dla swoich genów.
Gdyby tekst był o przyjaźni, to napisałabym, że z tą racjonalnością przyjaźni to lekka przesada.
(ale skoro temat nie jest o przyjaźni, to nie napiszę ;))
O.K. Niedługo się pojawi tekst o przyjaźni. Dość obcesowy – uprzedzam. Będzie można wymienić opinie.
„Stawiam tezę, że to z obawy, że opisana miłość przestanie być fascynująca”.
Ludzkość to okropna rzecz. Trzeba żyć sercem a nie obawą. Jest odwrotnie. Im bardziej opisujemy miłość tym bardziej rośnie. Sam sprawdzałem. Jak żonę opisuję lub maluję to … U Dantego jest taki epizod z Francesco i Paolą o czytaniu romansów: „i już tego wieczoru nie czytali więcej…”
„To, że się wie skąd się biorą pioruny nie powoduje tego, że pioruny przestają być fascynujące.”
Słusznie. „Poznanie bogaci podmiot, niczego nie zmieniając w przedmiocie”. Ludzie chcą być biedni. Kolega arystotelik widzę. Obiektywizm plus definicje to arystotelizm.
Najlepsza książka o miłości jaką znam to „O miłości” J. Peipera. Wygłupiłem się?
definicja bardzo słaba,odczuwam nieracjonalne uczucie bliskości wobec krzesła na którym siedzę,ale to nie jest miłość,wyrażenie „emocjonalne sprzężenie zwrotne” jest niezrozumiałe mimo próby wyjaśnienia, można je odnosić do wielu emocji i nie tylko emocji-co jest sprzężone i z czym?
Co to jest „emocja”? Co to jest „uczucie”? Co to jest „uczucie bliskości”? Co znaczy wyraz „nieracjonalne”? Co to jest „bliskość”?
Sorry, ale ta definicja niczego mi nie wyjaśnia, czuję się jeszcze głupszy niż przedtem, miłość jest na pewno jakimś zjawiskiem tzn. czymś co da się obserwować, jest także relacją w sensie arystotelesowskim-istnieje w tej relacji podmiot(kochający), przedmiot(to, co kochane) i odniesienie jednego do drugiego,a więc mamy zjawisko relacyjne i to dalej nam nie pomaga bo takich zjawisk relacyjnych jest od groma, należałoby dodać, że zawsze w tym zjawisku występuje nie mniej niż jedna czująca istota i podmiot tej relacji zawsze nią musi być,przedmiot niekoniecznie-ktoś np kocha Kraków a Kraków nie jest czującą istotą,trudno natomiast powiedzieć czy miłość jest uczuciem i czy zawsze nim jest, prawdopodobnie zawsze jest zjawiskiem psychicznym lub/i duchowym, ale te wszystkie zagadnienia wymagają zbadania osobno, mnie nieścisła definicja nie zadowoli.
Twoje nieracjonalne uczucie emocjonalnej bliskości z krzesłem – jeśli nie jest zaprawione ekscytacją tym uczuciem – jest zupełnie poza definicją.
Jeśli zaś ekscytujesz się tym uczuciem permanentnie – to pewnie jesteś w krześle zakochany.
No jasne, że można by podefiniować wszystkie wyrażenia użyte w temacie – ale bez przesady. Jak się nie ma chęci ogarnięcia myśli to i można uznać brak definicji słowa „oparte” za powód do zakwestionowania całości.
O Arystoteles u Kolegi „C”! Przedmiot gatunkuje uczucia zatem będzie wiele rodzajów miłości, tyle ile przedmiotów dających się kochać. Jeżeli natomiast chcieć podać definicje tych wszystkich miłości to będzie bardzo ogólna i doktrynerom zaszkodzi:
Miłość jest:1/ potrzebą (pragnę, chcę, nie mogę żyć bez …) to będzie miłość „od dołu do góry”, platoński Eros (patrzę na kobietę a niby widzę piękno – tere fere, to można obśmiewać w kabarecie, ale czy znający „Ucztę” będzie się śmiał to nie wiem)
2/ darem, wyjściem z siebie, bezinteresowną przychylnością dla drugiego – to będzie to będzie miłość „od góry do dołu”, chrześcijańska Caritas, czy Agape, praktycznie to ona jest tylko w intencji, ale zrezygnujcie z takiej intencji a nie chcę Was znać.
3/ adoracją, która jest wynikiem uprzedmiotowienia (OD-przedmiotowienia) relacji, czyli ocenienia przedmiotu miłości: „jak dobrze że jesteś”. Ponieważ to co najwyższe nie utrzyma się bez tego co najniższe – jak pisze autor „Naśladowania Chrystusa” – dlatego adoracja jest elementem jednoczącym miłości.
Teraz można sobie prześledzić jak to w konkretach wygląda np w miłości erotycznej do kobiety, w miłości do przyjaciela, do matki, kraju, do krzesła, do kota itd.
Brawo:)
Jestem piękna i mam wspaniale mięśnie.
Spróbujemy określić bliżej oną „ekscytację” alias „sprzężenie zwrotne”, bo Sikor potwornie tu namieszał. Ekscytacja zawsze wiąże się z nadzieją. Niestety, ale zaraz to uzasadnię.
Jeżeli przedmiot uczucia jest bezpośrednio dany to wywołuje albo upodobanie (gdy jest postrzegany jako dobry) lub odrazę (gdy jest postrzegany jako zły). Tym nie można się ekscytować. Ekscytujemy się natomiast, gdy /1/ przedmiot uczucia nie jest dany (jako przedmiot uczucia!) a tylko możliwy w przyszłości, w wyobraźni czy gdzieś tam, albo /2/gdy chcemy pozbyć się już obecnego zła. W obu przypadkach czynnikiem sprzęgającym jest nadzieja: w pierwszym w postaci otuchy, w drugim gniewu.
Pożądanie jest ekscytacją upodobania pod wpływem nadziei-otuchy. Ekscytacją pożądania będzie natomiast radość (gdy się pożądanie spełni). Gdy zamiast nadziei-otuchy pojawi się rozpacz i lęk, pożądanie przejdzie w awersję i ból a nie ekscytację. I podobnie w wypadku ekscytacji gniewnej. Tu nadzieja pobudza gniew do pozbycia się zła emocjonalnego lub nie pobudza i wtedy zamiast ekscytacji jest rozpacz i je dzieci (ironia, sarkazm, złośliwość itd.).
Twierdzę, że tu jest „sprzężenie zwrotne”. Między upodobaniem (popęd przyjemności)a nadzieją (popęd użyteczności). Między samymi uczuciami upodobania nie może być, ściśle biorąc, sprzężenia.
Nie!!!
„Ekscytujemy się natomiast, gdy /1/ przedmiot uczucia nie jest dany (jako przedmiot uczucia!) a tylko możliwy w przyszłości, w wyobraźni czy gdzieś tam”Ekscytacja miłością spełnioną jest bardzo pobudzająca i dużo głębsza niż ekscytacja nadzieją. Jeśli kochałeś z wzajemnością to nie sądzę, żebyś mógł zaprzeczyć.
Ekscytacja miłością spełnioną lub bliską spełnienia jest skierowana do wewnątrz – to nie obiekt miłości jest tak naprawdę fascynujący – to fascynujące jest przeżywane uczucie.
Człowiek zakochany oczywiście opiera swoją ekscytację na obiekcie – ale pobudza go jego własna miłość. I popada w zapętlenie – kocham więc przeżywam, przeżywam więc kocham. Ta eksytacja karmi się sama sobą – nierzadko bez udziału sygnałów zewnętrznych.
(a tak naprawdę obiekty miłości rzadko są fascynujące same z siebie – one są fascynujące dopiero w oczach zakochanych)Natomiast ekscytacja nadzieją nie ma tej głębi. Ekscytacja nadzieją jest skierowana na zewnątrz i zależy od sygnałów zewnętrznych. Jest sygnał – jest reakcja. Nie ma sygnału – nie ma reakcji.
Nie ma tu wewnętrznego sprzężenia – jest tylko reakcja na sygnały. To nie miłość.P.S. Ciekawe zagadnienie nienawiści. Ona chyba też się karmi wewnętrznym sprzężeniem zwrotnym.
„Człowiek zakochany oczywiście opiera swoją ekscytację na obiekcie – ale pobudza go jego własna miłość. I popada w zapętlenie – kocham więc przeżywam, przeżywam więc kocham.”
E … no nie. Ja tu żadnego sprzężenia nie widzę. Stale działa jeden czynnik, który nazwałeś „kocham więc przeżywam, przeżywam więc kocham”. Do sprzężenia potrzebne są dwa RÓŻNE współczynniki.
„Ta ekscytacja karmi się sama sobą – nierzadko bez udziału sygnałów zewnętrznych”.
Nijak nie da się tego powiedzieć. To nie ma głębi.
„(a tak naprawdę obiekty miłości rzadko są fascynujące same z siebie – one są fascynujące dopiero w oczach zakochanych)”.
To już lepsze. Dlaczego są ekscytujące w oczach zakochanych? Bo coś oprócz patrzenia dochodzi coś jeszcze.
„Natomiast ekscytacja nadzieją nie ma tej głębi. Ekscytacja nadzieją jest skierowana na zewnątrz i zależy od sygnałów zewnętrznych. Jest sygnał – jest reakcja. Nie ma sygnału – nie ma reakcji. Nie ma tu wewnętrznego sprzężenia – jest tylko reakcja na sygnały. To nie miłość”
Nadzieja na pewno nie jest reakcją na sygnał. Nadzieja wiąże się z głębokimi pragnieniami bez względu na to, czy im coś odpowiada czy nie. Nie zwróciłeś uwagi na mój wpis: „Ekscytujemy się natomiast, gdy /1/ przedmiot uczucia nie jest dany (jako przedmiot uczucia) a tylko możliwy w przyszłości, w wyobraźni czy gdzieś tam”. Ty zakładasz, że miłość automatycznie ekscytuje się sama sobą, a ja się pytam, jak to w ogóle jest możliwe? I odpowiadam, że przez nadzieję, która zawsze dotyczy tego co aktualnie nieobecne JAKO PRZEDMIOT UCZUCIA. Nie mogę mieć nadziei na zjedzenie obiadu, który właśnie zjadłem. Mogę chcieć tylko tego, czego jeszcze nie mam. Musi być jakiś brak, bo inaczej nie ma miejsca na twórczość uczucia. To dlatego zakochani mogą widzieć co innego niż wszyscy inni: bo miłość nakręcana jest nadzieją na spełnienie marzeń o miłości. Gdyby było jak Ty chcesz, to zakochanie nigdy by się nie kończyło. A przeważnie kończy się po kilku wspólnych razach w łóżku, kiedy w pościeli zdycha zaspokojona nadzieja. Chyba, że nie tego chcieliśmy … tylko np. bajek.
„P.S. Ciekawe zagadnienie nienawiści. Ona chyba też się karmi wewnętrznym sprzężeniem zwrotnym.”
Się karmi się. Polecam „Osoba i uczucia”, Polskie Towarzystwo Tomasza Z Akwinu, Lublin 2010 .
Oczywiście miłość wzajemna to jeszcze inne zagadnienie. Tam k są dwa czynniki, które mogą się wzajemnie „nakręcać”. Dziwi mnie, że to rozumiesz a traktujesz „bajkowo” Ducha Św. Przecież to nic innego, jak wzajemna ekscytowanie się miłością Ojca i Syna.
Potrzebujesz 2 różnych czynników do nakręcania się – i masz!
Jeden kocham, drugi przeżywam.
Pierwszy to naturalne pobudzenie miłością (fascynacją) – odczuwanie podwyższonego i dość przyjemnego podniecenia w związku z obiektem uczucia (niekoniecznie w sensie erotycznym).
Ten drugi to ekscytacja tym podnieceniem – to jest coś innego. Pobudzenie – jako stan naturalny miłości. A ekscytacja tym pobudzeniem jest stanem wtórnym generowanym już przez zakochanego. Musiałeś się jeszcze nie zakochać jeżeli nie wiesz o czym piszę.
Pobudzenie pierwotne wywołane jest bliskością Obiektu Miłości (osobistą lub symboliczną) a pobudzenie wtórne (ekscytacja podnieceniem) odbywa się już poza bliskością Obiektu – to przywoływanie wspomnień i wrażeń i napawanie się efektem podniecenia wtórnego. Co prowadzi do przekłamywania rzeczywistości i idealizacji obiektu uczuć – w konsekwencji do wzmocnienia podniecenia.Uważam, że nadzieja nie przeżyje bez dokarmiania sygnałami zewnętrznymi. Uśmiech, życzliwe spojrzenie, przypadkowe spotkanie… – te sygnały potrafią dokarmić nadzieję wystarczająco. Ale bez żadnych sygnałów nadzieja będzie więdnąć.
Absolutna niezgoda, że pragnienie nie dotyczy tego co już osiągnięte. Nie w miłości!
Miłość pragnie powtarzania w nieskończoność tego przyjemnego podniecenia.
Ty raczej tu opisujesz syndrom Zdobywcy – który traci zainteresowanie wkrótce po zdobyciu trofeum i szuka nowego wyzwania. Nie nazywaj tego miłością – najwyżej polowaniem.A to, że miłość wygasa w swej formie pierwotnej namiętności – to nieuniknione – bo jak długo można się ekscytować własnym podnieceniem?
Wtedy miłość przechodzi w fazę dojrzałą lub się kończy.
Odpowiedź na drugi komentarz przerzucam do właściwego artykułu.
Nie, to nie syndrom Zdobywcy. Twierdzę, że jestem bardziej precyzyjne. Ja analizuję samo uczucie a Ty całą osobę. Twój pogląd jest do szczętu humanistyczny i nie mogę go przyjąć. Ja jestem naturalistycznym racjonalistą. Uważam, że natura nie robi rzeczy bez sensu, przynajmniej nie w tym sensie, że miłość pojawia się jak Filip z konopi,czy Deus ex machina i równie bezprzyczynowo znika. W porównaniu z tym dziwactwem nawet bajki są racjonalne!
Z samej fizjologi ludzkich zmysłów wynika, że to niemożliwe. Jak uczucie odwraca się od swego przedmiotu to ginie. Możesz wspominać smak obiadu ale się nie najesz! Dlatego tu włącza się popęd użyteczności, który intensyfikuje uczucia wobec przedmiotu nieobecnego, jak sam napisałeś: „pobudzenie wtórne (ekscytacja podnieceniem) odbywa się już poza bliskością Obiektu – to przywoływanie wspomnień i wrażeń i napawanie się efektem podniecenia wtórnego. Co prowadzi do przekłamywania rzeczywistości i idealizacji obiektu uczuć – w konsekwencji do wzmocnienia podniecenia”. Opisujesz tu nic innego tylko działanie nadziei, tylko nazywasz to inaczej.
„Miłość pragnie powtarzania w nieskończoność tego przyjemnego podniecenia”. Do czasu, do czasu… chyba, że przejdzie na poziom czystej nadziei, wiary i miłości. Wtedy jest wieczna. Powtarza swoje w nieskończoność.
Obaj obracamy się w sferze własnych przekonań a nie dowodów logicznych lub naukowych – co nie umniejsza dyskusji – a czyni ją ciekawszą bo dowody zakończyły by ją definitywnie.
Zatem co do racjonalności – żaden z nas nie ma monopolu więc nie uzurpuj sobie większych praw.Wspomnieniem obiadu się nie najesz – ale nie o najedzenie tu chodzi. Ha! Wręcz odwrotnie – tu chodzi o łaknienie którego najedzenie jest przeciwieństwem.
Miłość to obiad którym najeść się nie można (przynajmniej do pewnego czasu).
Co ma to do nadziei? Jest obiad wciąż dostępny i wciąż nie do najedzenia. Im więcej jesz tym bardziej głodnyś (do czasu). Uzależnienie? Nałóg? Raczej tak (do czasu).
Czy nałóg masz zamiar nazwać nadzieją?Ten nałóg sam przechodzi – to prawda. Bo od pewnego momentu nie da się już bardziej nakręcić – i zaczyna się ruch w drugą stronę.
I teraz jest miejsce dla Twojej teorii – skupienie się w tym momencie na własnych uczuciach zamiast na obiekcie uczuć prowadzi radykalnie do dezintegracji uczucia.
Kiedy kończy się okres wzrostu uczucia z powodu sprzężenia miłość-przeżywanie zaczyna się naturalny spadek – to auto-przeżywanie spadku uczucia powoduje chęć zatrzymania procesu i reakcję jak najbardziej nerwicową – czyli im więcej chęci tym efekt gorszy.No więc jeśli podczas I etapu miłości nie dojdzie do wyraźnego przeniesienia ciężaru uwagi z auto-przeżywania na rzeczywisty obiekt miłości – to następuje dość gwałtowny spadek uczucia do radykalnego wygaśnięcia (i wiele osób to ma).
A jeśli uwaga zdąży się przenieść na obiekt miłości – to miłość przechodzi w etap dojrzały i ma się dobrze.Pominięcie I etapu miłości ma miejsce jedynie w przypadkach osób które się wcześniej długo znają. A uczucia nagłego zakochania to nic innego jak auto-sprzężenie miłość-przeżywanie.
Jakoś nie wierzę, że nałogi przechodzą same. Nie zdarzyło mi się w każdym razie. Zatem miłość (zakochanie) nie będzie nałogiem. Stąd i nadziei nie muszę nazywać nałogiem.
Gdyby nie uzależnienie fizyczno-chemiczne to wszystkie nałogi by przechodziły same.
Miłość na szczęście nie uzależnia w ten sposób.
Nie przekonałeś mnie. Masz za wysokie zdanie o ludzkim pragnieniu przyjemności. Będę się upierał przy sprzężeniu emocjonalnym na linii: popęd przyjemności (miłość)-popęd użyteczności (nadzieja). Zrobiłem doświadczenie z psem. Nie dałem mu kości. Zupełnie odjechał. Całkiem jak u Disneya. („Osoba i uczucia” PTTA, Lublin 2010-maczałem palce w wydaniu to popieram).
Panie Sikora,
obawiam się, będąc w opozycji do Pańskiej definicji miłości, że jestem irracjonalnie zakochana w Pana umyśle… a precyzyjniej w efektach ubocznych jego działania. Od paru dni zagłębiam się we wszystkie teksty umieszczone na tej stronie, z niektórymi całkowicie się zgadzam (weźmy choćby za przykład tę definicję miłości), innych jeszcze nie rozumiem. Wychował mnie Teleranek i teksty kabaretu Potem, czyli niewątpliwie Pan. Tym bardziej cieszę się z istnienia tej strony, i z ekscytacją towarzyszącą „wkręceniu sobie samej” oczekuję kolejnych Pana wynurzeń.
z poważaniem
JT
Haha, nawet rozkochać w sobie można poprzez gadanie głupot i zaprzeczanie samemu sobie.
Och ach. Czuję się skrytykowany.
I koniec romansu.
Nieraz miłość można przeżyć w różnych etapach.Niektórzy mówią, że to jest niesamowite. Tzw ., „od pierwszego wejrzenia” , innym się wydaje ,iż związek przez komunkację inetrentową też rodzi jakieś uczucie. Owszem może, ale prędzej przywiązanie niż jakieś uczucie, bo nie możemy drugiej osoby do końca poznać. Moim zdaniem miłość rozwija się powoli. Jej etapy są różnorodne. Poznajemy się powoli, wszystkie nasze zmysły musza działać. Bez pośpiechu, przecież mamy czas. Kochać kogoś z głową to wielka sztuka.
Miłego czytania. Pozdrawiam
Nie wiem czy ktoś już pisał coś takiego, bo za dużo komentarzy, żebym wszystkie czytał. Tak czy siak moim zdaniem nie pasuje ta definicja do miłości typu agape. I to nie do osoby w której jesteśmy zakochani (eros), tylko osoby, którą kochamy (czyli właśnie agape w moim rozumieniu)(można i do osoby, w której jesteśmy zakochani, ale tak będzie lepiej widać różnice [nie trzeba jej destylować]). W wypadku czystej agape – choćby stosunek świętej matki Teresy z Kalkuty do ludzi z Indii (i w ogóle) – nie bardzo widzę tu miejsce na jakieś emocje, bo jeśli tak to jakie? Bo nie chodzi tu o uczucie tylko o działanie, a ewentualna emocja – radość, ale radość tego drugiego. Owszem można się bawić w mówienie, że skoro tak przeżywamy naszą radość z powodu jego radości… Ale chyba ździebko to naciągane nieprawdaż? I miłością dojrzałą (poza być może jej opisem w tym właśnie zagadnieniu przez S.) nazwał bym miłość, która (choćby między innymi, najlepiej między innymi) zawiera w sobie taką postawę – pomoc za darmo, czyn nie emocje (bo na emocje też się znajdzie miejsce, ale nie zawsze). Trochę zawile i nie do końca to co mam na myśli, ale lepiej zapisać nie umiem, a główna myśl i tak została przemycona.
Bądź pierwszy, gdy otworzymy