21.08.2012
CZYJA TO WINA?
Nie ma chyba człowieka który odnosi wyłącznie sukcesy. Nawet jak ktoś jest dzieckiem szczęścia to i tak zdarzy się coś co można uznać za porażkę.
Porażka ma zawsze swoją przyczynę. Coś… Ktoś… Gdyby nie to – to byłby sukces.
Im porażka dotkliwsza tym więcej rozmyślania co zawiodło. Co ponosi winę?
Przykre jest, jeśli okazuje się, że to sam jestem winny porażki. Więc tą ewentualność trzyma się na koniec – jak już na nic innego się nie da zwalić winy.
Niby to naturalne – ale…
To zależy czy bardziej zależy mi na zamknięciu przeszłości, czy na perspektywach w przyszłości.
Jeśli porażka dotyczy tylko przeszłości – to rzeczywiście najlepszym rozwiązaniem jest znalezienie winy gdzieś w bezpiecznej odległości od siebie i pogodzenie się, że było, minęło. Koniec.
Ale jeśli porażka dotyczy również spraw podejmowanych w przyszłości – to znalezienie winy poza sobą jest najgorszą opcją. Bo co?
Bo właściwie niewiele się da z tym zrobić. Bo deszcz, bo wiatr, bo kolega, bo źli ludzie… W przyszłości też będzie deszcz, wiatr, kolega i źli ludzie. Zostaje tylko nadzieja, że akurat następnym razem szczęście dopomoże i uchroni.
Ale jak tu budować przyszłość na kapryśnym szczęściu?
Czy nie lepiej wziąć winę na siebie? To w pierwszym momencie trochę boli – ale zaraz później okazuje się, że jeśli to moja wina, to mogę nad tym zapanować. Jeśli popełniłem błąd, że nie uwzględniłem deszczu, to następnym razem tego błędu nie popełnię. Sprawy zaczynają być pod kontrolą.
Przypisując winę za niepowodzenie zewnętrznym czynnikom – sam się pozbawiam wpływu na swoje sukcesy i porażki. To czynniki zewnętrzne mają znaczenie – a ja tylko mogę się modlić o szczęśliwy układ.
To nie jest do przyjęcia dla osoby aspirującej do samodzielnego kierowania swoją przyszłością. Modlić się, czekać, mieć nadzieję?
A wystarczy tylko powiedzieć – spieprzyłem sprawę ale drugi raz już tego nie zrobię. I faktycznie nie popełniać drugi raz tego samego błędu.
Znaleźć winę w sobie – to to samo co znaleźć rozwiązanie na przyszłość!
Jeśli nie znajdujesz swojej winy – to znaczy, że w przyszłości musisz liczyć na szczęście albo dobrą wolę innych.
To dość typowe w relacjach międzyludzkich, że szukają winy w swoich partnerach (życiowych, biznesowych) – i żeby liczyć na jakąś poprawę, muszą liczyć na dobrą wolę drugiej strony. I tą dobrą wolę starają się wymusić.
To dość nieefektywna metoda – wymuszanie czyjejś dobrej woli wbrew jego naturalnym skłonnościom. Trzeba mieć naprawdę silne argumenty.
O ileż prostsze jest znalezienie winy w sobie. Jednym aktem woli można poprawić sytuację – bez niczyjej łaski i solidnych argumentów.
Banalni, prości ludzie uznają uznanie swojej winy za przejaw słabości – bo całe życie uczono ich walki z otoczeniem. Do tego stopnia, że walczą za cenę wszelkich zniszczeń – byle nie ustąpić.
Nie wiem jak inni, ale ja siłę widzę w uznaniu swojej winy – czyli w uznaniu, że mam wpływ na wszystko co mnie otacza i mam rzeczywistą władzę nad swoim losem i swoimi relacjami. Gdybym nie miał – to rzeczywiście wina leży gdzieś poza mną. Ale skoro to ja rządzę, to ja ponoszę winę. Dla mnie to proste.
Jeśli uznam, że w czymś nie ma mojej winy – tym samym uznaję, że nie mam wpływu na to. Że jestem słaby i bezradny.
Czyli muszę uznać, że ta sfera mojego życia powinna przejść do przeszłości.
Dziwne, ale niewielu potrafi szczerze przyznać się do własnego błędu. A przecież nie tracą wtedy, lecz zyskują. Słaby ten zmysł biznesowy w narodzie.
E tam toż to jakieś humanistyczne podejście.
Prawdziwie biznesowe podejście (stosowane jak sądzę nagminnie w polityce i w stosunkach służbowych) to znalezienie winnego i…. wywalenie takiego delikwenta (tu zasada winny jestem ja sam jest kompletnie nie przydatna).
Powyżej opisany sposób spełnia wszystkie kryteria. Po pierwsze nie ma przykrego poczucia winy, a wpływ na przyszłość wydaje się definitywny (winowajca, szkodnik usunięty), choć nie muszę chyba pisać, że rozwiązanie jest oczywiście iluzoryczne.
No tylko nie od humanistów! Humanista to zwierz durny i oklapkowany.
A to co opisałeś to nie szukanie winnego – tylko winowajcy. Gra na użytek zewnętrzny.
He wiedziałem, że to o humanistach Cie ruszy.
Fakt, że na urzytek wewnętrzny sposób myślenia jak opisałeś może być przydatny dla samego siebie. Tyle, że tego typu opracowania myślowe, które mają służyć wewnętrznemu wzrostowi są bardzo indywidualne. (Ja tam np. kompletnie nie mogę siebie samego przekonać do filozofii „tak mi się nie chcę, że aż to zrobie” wiem, że to może być skuteczne ale jakoś to nie przechodzi.
Myśle, że powyższy mechanizm może występować też w tym przypadku dla niektórych wewnętrznie przekonanie, że wina jest gdzieś na zewnątrz może być na tyle silna, że nijak siebie nie przekonają, że uznanie siebie za winnego może posłużyć do ich wewnętrznego rozwoju, poczucia większej kontroli nad rzeczywistością itp.
Myślę, że właśnie bardzo duża pewność siebie i poczucie własnej wartości pozwala na rozumowanie jak opisałeś w artykule.
A nie inaczej. To droga raczej dla ludzi o dużym poczuciu własnej wartości.
Ludzie o słabszej konstrukcji uciekają w zwalanie winy – ale niestety to ich utrwala w słabości.
Cóż, cóż… – to adresowane jest do tych silniejszych, którzy jednak ulegają pokusie zwalania winy.
Sam czasem ulegam. I dopóki w tym trwam, to mam kłopoty z problemem. Dopiero kiedy wkurzony własną bezsilnością zmieniam podejście – to zaczynam sobie radzić.
W podejściu „tak mi się nie chce, że aż to zrobię” ważną rzeczą jest uświadomienie sobie bliskiej granicy rezygnacji/zblazowania/zestarzenia*.
Druga rzecz – raz zastosowana zasada zwykle uświadamia, że to niechcenie było nie do końca prawdziwe (dotyczy to spraw kiedyś fajnych, a teraz jakoś nieatrakcyjnych).
Bez spróbowania nie da się tego docenić. To już nie filozofia tylko praktyka.
No tak. Ale rodzi się wątpliwość, czy ta „wina” jest czym rzeczywistym, czy to tylko moja interpretacja, którą mogę przerzucać na innych lub szukać w sobie? Skoro można ja tak przerzucać, to byłaby czymś dowolnym. To jak foton w mechanice kwantowej: przebywa wszystkie drogi na raz, dopóki twój pomiar nie wybierze którejś z nich.
Czy zatem Sikora skwantował wolną wolę i winę?
Kwestia winy zazwyczaj jest kwestią perspektywy spojrzenia.
Jak z tym deszczem – mogę uznać, że winny jest deszcz albo uznać, że ze swojej winy nie uwzględniłem deszczu.
Dowolność przerzucania jest jednak ograniczona – bo nie mogę uznać, że deszcz (lub nieuwzględnienie) jest winą kolegi.
Łatwość przerzucania występuje w kontekście ja-otoczenie. Oczywiście łatwość jest ograniczona zdolnością do szukania rozwiązań – bo żeby uznać swoją winę, muszę najpierw odkryć gdzie popełniłem błąd – a to już jest prawie rozwiązanie problemu.
OK. Znowu się muszę zgodzić. „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy”. „Błogosławiona wina” przychodzi do głowy.
Bądź pierwszy, gdy otworzymy